Perełki Anonsów – Mazda MX-5
Hit na lato 
Jeśli macie pod ręką księgę rekordów Guinness’a, sięgnijcie po nią i sprawdźcie, jaki samochód kryje się pod kategorią „najlepiej sprzedający się roadster wszechczasów”. Znajdziecie tam zdjęcie małego, zgrabnego kabrioletu i krótki podpis: Mazda MX-5 - Najlepiej sprzedający się dwuosobowy, odkryty samochód. Sprzedano ponad 600tyś. egzemplarzy”. Niby nic wielkiego, jednak zatrzymajmy się na tej liczbie. 600 tysięcy samochodów, które są kupowane jako zabawki, używane tylko latem, niepraktyczne, dosyć drogie, często kupowane jako drugie albo i trzecie auto w rodzinie... Tak wysoka liczba wydaję się aż niemożliwa do osiągnięcia. W tym aucie musi być coś więcej, coś, co przekonało taką masę ludzi do wydania ciężko zarobionych pieniędzy właśnie na MX-5.
Trochę historii
Historia małej Mazdy zaczyna się niepozornie. W 1976 roku dziennikarz motoryzacyjny Bob Hall podczas towarzyskiego spotkania z szefem działu rozwoju Mazdy, panem Kenichi Yamamoto, wspomniał o swojej wielkiej tęsknocie do klasycznych angielskich roadsterów, takich jak Triumph Spitfire.
Dwuosobowych, lekkich, prostych, ale dających frajdę z jazdy. Traf chciał, że w 1981 pan Kenichi został prezesem Mazda Motors i przypomniał sobie słowa Boba. Postanowił skonstruować taki samochód. Koncepcji było kilka – rozważano możliwości zastosowania napędu na przednie koła, lub umieszczenia silnika centralnie, jak w konkurencyjnej Toyocie MR2. W końcu zdecydowano, że najlepszy będzie klasyczny układ z silnikiem z przodu i napędem na tył. Założenia przy projektowaniu były jasne – auto ma być możliwie lekkie, zwinne, małe i dostarczać radości z jazdy. W 1985 roku gotowy był pierwszy prototyp, a w 1989 gotowy samochód oznaczony MX-5 (od Mazda eXperimental, projekt nr 5) został przedstawiony na targach w Chicago.
Bestseller
MX-5 z miejsca została okrzyknięta najlepiej prowadzącym się kabrioletem owych czasów. Recenzje w motoryzacyjnych pismach były entuzjastyczne, co naturalnie napełniało salony Mazdy klientami chętnymi do przejażdżki. Zazwyczaj chwilę później dochodziło do podpisania umowy. MX-5
zachowywała się na drodze wspaniale. Mógłbym zanudzić was opisem skomplikowanego wielowahaczowego zawieszenia lub przedstawiać sposoby, w jaki Mazda osiągnęła idealny rozkład masy między osiami, jednak uwierzcie mi, że i tak o tym zapomnicie, kiedy tylko usiądziecie za sterami MX-5. Techniczne nowinki nie grają tutaj żadnej roli, bo uczucia i emocje w tym aucie zawsze biorą górę. Siedząc w kokpicie MX-5 fizycznie czujesz połączenie z samochodem. Twoja szanowna tylna część ciała prawie trze o nawierzchnię szosy, a ręce zdają się nie skręcać kierownicą, tylko bezpośrednio kołami. Opuszczony dach gwarantuje wiatr we włosach, piękną opaleniznę i szeroki uśmiech. Ten samochód miał przede wszystkim dostarczać radości z jazdy i udaję mu się to znakomicie. Nie bez znaczenia jest też design – długa maska, krótki tył czy
podnoszone reflektory to atrybuty sportowego samochodu lat dziewięćdziesiątych. Niestety charakter stylizacji trudno uznać za agresywny. Z tego powodu MX-5 często jest określana jako „babski” samochód, co skutecznie odstrasza niektórych facetów od tego modelu. Trudno, sami sobie szkodzą. Babski czy nie, właściwości jezdne ma rewelacyjne. A przecież to my, faceci, często mówimy, że samochód ma jeździć, a nie wyglądać. Za to kobiety mogą cieszyć się z takiego stereotypu. Daje im to świetną okazję do upokorzenia patrzących na nią z pobłażaniem facetów, zwłaszcza na krętej drodze…
Sportowiec bez mięśni
Niestety nie wszystko w MX-5 jest tak przemyślane i dopracowane. Materiałowy dach rzadko kiedy jest odpowiednio zadbany i lubi pękać. Uszczelki przy jego zamknięciu często ciekną, ale w końcu to tylko guma, która po tylu latach ma prawo stwardnieć. Za to szumy, świsty i gwizdy wiatru przy większych prędkościach potrafią doprowadzić do szaleństwa. Jednak to wszystko jest niczym w porównaniu do silnika. Wprawdzie jednostka 1.6 (i stosowana w późniejszych latach
1.8) jest w miarę ekonomiczna i dosyć trwała, jednak mocą nie potrafi się popisać. 120 koni to zdecydowanie za mało na samochód z tak sportowymi aspiracjami, zwłaszcza, że trzeba kręcić motor naprawdę wysoko, żeby móc je wszystkie wykorzystać. Jeśli nigdy wcześniej nie jeździliśmy szybkimi autami, MX-5 zapewni nam sporo radości, jednak Ci, którzy mają trochę więcej doświadczenia z mocnymi samochodami będą się w niej nudzić. Do tych silników fabrycznie powinno się montować turbo-kity. Te słabowite jednostki po prostu nie pasują do charakteru auta. Koszta utrzymania tego małego rozrabiaka też nie należą do najniższych. Części zamienne rzadko kiedy występują w zamiennikach, a oryginalne są nieprzyzwoicie drogie. Jedyna szansa w częściach używanych, które czasem można znaleźć w Anonsach. Mechanicy też nie policzą zbyt mało – silnik jest cofnięty i dosyć nisko osadzony, co wymaga od nich wręcz ekwilibrystycznych umiejętności przy wymianie czegokolwiek pod maską. Oczywiście pod warunkiem, że znajdziemy mechaników, którzy na MX-5 będą się znali, co też czasem bywa problemem. Niemniej jednak wszystkie klątwy i przekleństwa rzucane na wady małej Mazdy znikają za uśmiechem tuż po przekręceniu kluczyka. Po pierwszym zakręcie uśmiech będzie większy, po drugim znowu urośnie…
Samuel Steinborn
s.steinborn@anonse.pl
zdjęcia: www.miata.net